Polecane Strony:

medandlife.com - stomatologiczne
jeremie.com.pl - pożyczki dla firm
starbor.pl - Szafy wnękowe Szczecin
nocnykrakow.pl - Apartamenty Kraków
rol-monter.pl - montaż rolet Poznań
Zapraszamy.
A A A

Za zdrowie - fragment - Jack London

 

 

 

Toriki i Levy ruszyli w skok do szalup, przy czym ten drugi podkłusowywał niczym wystraszony hipopotam. Kiedy obie ich łodzie wyrwały się z przesmyku, minęły wpływającą szalupę z “Aorai”. Na rufie, zachęcając wioślarzy do wysiłku, siedział Raoul. Nie mógł się uwolnić od myśli o perle i zawracał, aby wyrazić zgodę na postawione przez Mapuhiego warunki.
Wylądował na plaży pośród gromowej nawałnicy, która była tak nieprzenikniona, że zderzył się z Huru-Huru, zanim go zdążył zobaczyć.
- Za późno! - wrzasnął Huru-Huru. - Mapuhi sprzedał ją Torikiemu za tysiąc czterysta chilijskich, a Toriki odprzedał Levy’emu za dwadzieścia pięć tysięcy franków. A Levy sprzeda ją we Francji za sto tysięcy. Masz trochę tytoniu?
Raoul poczuł ulgę. Skończyły się zmartwienia z perłą. Nie musiał już się trapić, jakkolwiek jej nie dostał. Tyle że nie wierzył temu Huru-Huru. Mapuhi mógł sprzedać perłę za tysiąc czterysta chilijskich, ale żeby Levy, który znał się na perłach, zapłacił dwadzieścia pięć tysięcy franków, tego już było za wiele. Raoul postanowił wypytać o to kapitana Lyncha, lecz kiedy przybył do domu sędziwego marynarza, zastał go zapatrzonego w barometr szeroko rozwartymi oczyma.
- Ile on pokazuje? - zapytał niespokojnie kapitan Lynch. Przetarł okulary i znowu wpatrzył się w przyrząd.
- Dwadzieścia dziewięć i dziesięć - odczytał Raoul. - Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby opadł tak nisko.
- No pewnie! - żachnął się kapitan. - Pięćdziesiąt lat spędziłem na morzach, pływając od małego, a też nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Słuchaj pan!
Przez chwilę stali bez ruchu, a fale huczały i potrząsały domem. Potem wyszli na dwór. Szkwał przeminął. O milę ujrzeli pozbawioną wiatru “Aorai”, którą wściekle miotały potężne bałwany toczące się dostojnym orszakiem z północo-wschodu i wściekle chlaszczące o koralowy brzeg. Marynarz z załogi szalupy wskazał na ujście przesmyku i pokiwał głową. Raoul spojrzał w tę stronę i ujrzał biały mat pian i bryzgów.
- Zdaje się, że dziś przenocuję u pana, kapitanie - rzekł, po czym obrócił się do marynarza i nakazał mu wciągnąć szalupę na brzeg oraz poszukać schronienia dla siebie i towarzyszy.
- Równe dwadzieścia dziewięć - oznajmił kapitan Lynch wracając od barometru z krzesłem w ręku.
Usiadł i zapatrzył się na wspaniałe widowisko rozgrywające się na morzu. Słońce wyszło zza chmur wzmagając jeszcze duszność; w powietrzu wciąż panował martwy spokój. Fale nadal piętrzyły się coraz bardziej.
- W głowę zachodzę, skąd biorą się takie fale! - mruknął z rozdrażnieniem Raoul. - Nie ma wiatru, a mimo to, spójrz pan tylko... o, patrz na tę, co idzie!
Olbrzymia fala, długa na całe mile, niosąca dziesiątki tysięcy ton wody, runęła na wątły atol i targnęła nim jak trzęsienie ziemi. Kapitan Lynch drgnął.
- Boże! - wykrzyknął, uniósł się z krzesła i opadł na powrót.
- Ależ nie ma wiatru! - upierał się Raoul. - Rozumiałbym to, gdyby jednocześnie wiał wiatr.
- Niebawem będziesz pan miał i wiatr, możesz się o to nie martwić - brzmiała ponura odpowiedź.
Obaj mężczyźni siedzieli w milczeniu. Pot występował im na ciało tysiącami drobniutkich kropelek, które zbiegały się tworząc pęcherzyki wilgoci, te zaś z kolei łączyły się w strumyczki i ściekały na ziemię. Z trudem chwytali powietrze, co było szczególnie uciążliwe dla starego mężczyzny. Jedna z fal wdarła się na plażę, przeszorowała między pniami palm kokosowych i cofnęła się niemal od stóp obu mężczyzn.
- Grubo ponad najwyższy poziom wody - zauważył kapitan Lynch. - A mieszkam tutaj od lat jedenastu. - Spojrzał na zegarek. - Trzecia godzina.
Obok nich przeciągnęli posępnie jakiś mężczyzna i kobieta, za którymi podążała bezładna ciżba dzieciaków i kundli. Zatrzymali się przed domem i po dłuższej chwili wahania usiedli na piasku. W kilka minut później przywlokła się z przeciwnej strony inna rodzina, której członkowie unosili ze sobą najróżnorodniejszy dobytek. Niebawem paręset osób wszelkiego wieku i płci zebrało się wokół siedziby kapitana. Ten zawołał jedną z przybyłych, kobietę z niemowlęciem przy piersi, i dowiedział się, że jej dom właśnie zmieciony został do laguny.
Punkt ten był najwyższym wzniesieniem na przestrzeni wielu mil, natomiast w licznych miejscach po lewej i prawej ręce olbrzymie bałwany przerywały już wąski pierścień atolu wwalając się do laguny. Pierścień ów miał dwadzieścia mil obwodu, lecz nigdzie szerokość jego nie przekraczała pięćdziesięciu sążni. Sezon poławiania pereł był w pełni i krajowcy ze wszystkich okolicznych wysp, nawet tak odległych jak Tahiti, zebrali się na Hikueru.
- Jest tutaj tysiąc dwieście osób, mężczyzn, kobiet i dzieci - ozwał się kapitan Lynch. - Ciekawe, ile ich będzie jutro rano.
- Ale dlaczego nie wieje? To chciałbym wiedzieć - powiedział Raoul.
- Nie martw się pan, nie martw; niedługo już przyjdzie bieda. Właśnie gdy kapitan Lynch wymawiał te słowa, olbrzymia wodna masa runęła na atol. Morska woda, na trzy cale głęboka, zapieniła się pod ich krzesłami. Stłumiony jęk przerażenia wydarł się z piersi licznych kobiet. Dzieci załamując rączki wpatrywały się w ogromne bałwany i krzyczały żałośnie. Koty i kury brodziły wystraszone w wodzie, po czym jak na komendę uciekły na złamanie karku, szukając schronienia na dachu domu kapitana. Jakiś tubylec, który niósł w koszyku kilka nowo narodzonych szczeniąt, wdrapał się na palmę kokosową i uwiązał go na wysokości dwudziestu stóp. Na dole rzucała się w wodzie

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 43 Następna »